Zapiski z Maroko #4 / Notes from Morocco #4

PL / ENG below

16

Niestety nie napotykamy przed rogatkami na żadną stację benzynową i lądujemy w mieście. Jest sobota wieczór. Nasz lot jest w poniedziałek przed południem, a do lotniska zostaje nam tylko 84 km. Damy radę nawet spacerowym tempem. Mimo tego, z mojej twarzy musiało bić jakieś lekkie zakłopotanie albo wcześniejsze opowieści o tym w jaki sposób i z jakim budżetem podróżujemy sprawiły, że Max na odchodne, gestem nie znoszącym sprzeciwu wręcza mi przy pożegnaniu, wprawnym dilerskim ruchem, banknot.

– Jakbyście się nie umieli stąd wydostać, to weźcie taxi.

Moje oponowanie nic nie daje, chowam kasę do kieszeni. Po pewnym czasie okazuje się, że dostaliśmy 50 euro, którego bodajże nie wydamy na transport. Nasze wyjazdowe założenie: zero kasy na transport. Tylko autostop!

Nasze kroki kierujemy w stronę Weihnachtsmarkt. Typowego przykładu kiczowato, galopującego kapitalizmu z nawiązaniem do protestanckiej tradycji świąt Bożego Narodzenia. Wzbogaceni tradycyjnym Glühwein (grzane wino najlepiej z Schuss’em, czyli naparstkiem, migdałowego Amaretto), decydujemy się na dwunastokilometrowy spacerek przez „góry, lasy, pola, doły”. Przed wyruszeniem, jako że była już sobota wieczór, a to jest pora, kiedy sumiennie przestrzegająca tradycji europejska młodzież klas niższych, średnich i wysokich, jest zazwyczaj solennie „odżumiona” alkoholem, dostaję prezent „od zagipsowanego dla zagipsowanego” w postaci do połowy pełnej butelki wódki marki Standard. Jest to pierwsza i ostatnia pomoc, którą jednoznacznie przyniosło nam unieruchomione w nadgarstku i łokciu, owinięte w zastygły gips, Tytusowe przedramię.

19.jpg

Pijemy, idziemy. Po wyjściu z centrum, skracamy sobie drogę przez rozpościerający się po obydwóch stronach pagórka cmentarz. Jest noc, jest księżyc, jest atmosfera. Skok przez płot, rzeka, most, ostatnie zabudowania, a potem pola i szum świadczący o tym, że wiedzeni instynktem i intelektem wybraliśmy właściwą polną dróżkę. Szum gęstej sieci rzecznej doskonałych niemieckich autostrad, przepełnionej o każdej porze dnia i nocy narybkiem niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego.

Niemieckie autostrady. Symbol wolności i swobody przemieszczania dla jednego gatunku, dla całej reszty fauny naziemnej nie wyposażonej w skrzydła – bariera nie do przekroczenia. Jałowa, hucząca, ziejąca trującymi gazami, śmiertelnie skuteczna przy próbach jej sforsowania.

Celem naszej nocnej przechadzki jest stacja benzynowa wraz z przystacyjną jadłodajnią, której wewnętrzne ciepło pozwoli nam przetrwać coraz mroźniejszą, rozgwieżdżoną noc. Mijane pola i zagajniki są doprawdy urokliwe, ale naprawdę marzymy już o tym, żeby usiąść i żeby było ciepło.

Docieramy niemalże do kresów naszej wytrzymałości i pojawiają się myśli, o tym żeby rozbić się obojętnie gdzie, by dać ulgę zmęczonemu ciału…


16

Unfortunately, before turnpikes we didn’t encounter any petrol station so we ended up in the city centre. It was Saturday evening. Our flight was on Monday before noon and there were only 84 kilometres to the airport. We would do it even at a snail’s pace. Although, a little confusion could be seen on my face, or maybe the previous stories about how and what kind of budget we travel, made Max while leaving, in a sudden and imperious gesture, give me, in a skilful dealer’s motion, a banknote.

– If you couldn’t get out of here, take a taxi.

My opposing didn’t make a difference, I finally put the money into the pocket. After a while it came out that we were given 50€, which probably wouldn’t be spent on transportation. Our trip assumption sounded: no money for transportation. Only hitchhiking!

We took the first steps towards Weihnachtsmarkt. The typical example of kitsch, galloping capitalism with reference to the Protestant tradition of Christmas. Enriched by traditional Glühwein (mulled wine with Schuss, which means a thimble, of almond Amaretto), we decided to take a twelve-kilometre walk through “mountains, forests, fields, valleys”. Before heading off, as it was Saturday evening, and that’s the time when dutifully tradition-abiding European youth of lower, middle and higher class is usually earnestly “plagued” by alcohol, I got a gift “from one in a cast to another in a cast” in the form of a half bottle of vodka, Standard brand. It was the first and last help which was given due to the encased in my wrist and elbow, lapped with congealed plaster, forearm.

19

We were drinking, we were walking. After leaving the city centre, we cut corners by going through, spreading from one side of the hill to the other, cemetery. It was night, there was the moon, the ambient. Jumps through a fence, a river, bridge, last buildings and then just fields and a rustle which showed that, going with the gut instinct and intellect, we had chosen the right alleyway. The persistent sound of rushing thick river network of perfect German motorways, full of German automotive industry offspring at any time of the day or night.

German motorways. A symbol of freedom and liberty of movements of one species, for all the other wingless earthbound fauna – impenetrable barrier. Blank, roaring, poisonous gas-breathing , deadly effective while trying to force. The aim of our overnight wander was a petrol station with beanery nearby, whose interior warmth would let us get through the frosty and starry night. Crossed fields and groves are truly charming, but for God’s sake, all we dreamed about was to sit down in warmth.

We were at the end of our bleeding tether and there appeared those thoughts to pitch a tent, wherever, just to give some relief to our exhausted bodies…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s