Zapiski z Maroko #1 / Notes from Morocco #1

PL / ENG below

Szara plucha, drzewa bez liści, trawa jakby już kompletnie pozbawiona chlorofilu. Koniec listopada, jak co roku, powoduje tęsknotę za ciepłem i słońcem. Tym razem udaje się znaleźć bilet za 34 euro w dwie strony do Fezu. To nic, że lotnisko we Frankfurcie Hahn jest o ponad 1000 km oddalone od Tarnowskich Gór, już raz udało mi się w ciągu dwóch dni pokonać tę trasę. Jeden mały szczegół: tym razem jedziemy w trójkę! Alicja, Laszlo i ja.

Wylot mamy zaplanowany na poniedziałek, godzinę 11:55. Biorąc pod uwagę, dobową średnią pokonywanego dystansu stopem w Europie (dla bezpieczeństwa przyjmuję zawsze 500 km, choć dokładne pomiary wykazałyby pewnie koło 700 km), krótki dzień oraz nadwyżkę liczbową i nadreprezentację męskiej części wycieczki uposażoną w brody i dzikie oczy, decydujemy się na wyjazd w sobotę o świcie rezygnując z ewentualnych odwiedzin licznych znajomych mieszkających w pobliżu trasy naszego przejazdu.

Tarnowskie Góry opuszczamy z przyjacielem Laszla Czejenem, który akurat niedawno wybrał się w samotną podróż do Japonii. Natchniony bezinteresownością napotkanych tam ludzi zamiast uprzejmie umówionych dzień wcześniej 40-stu kilometrów, dowozi nas aż do Drezna (czyli 440 km)!

– Wiecie panocki, jo i tak mom wolny weekend. Także polotom się po Dreźnie i jutro wróca na Góry.

Myślę, że nie byliśmy mu w stanie pokazać ogromnej wdzięczności, jaka właśnie rozpanoszyła się w naszych sercach i została najbliższym towarzyszem kolejnych tygodni. Bezszelestnie miotając nami na każdym kroku, za każdym rogiem, przy każdym posiłku i noclegu. Czejenek dał nam pewność, że cel zostanie osiągnięty, że mimo debiutanckiego występu w trójkę, utworzymy „dream-team”, którego każde ogniwo wykrzesa z siebie najbardziej przydatne w danej chwili iskry i nie będzie ani jednego momentu trójstronnego zwątpienia bądź wypalenia. Lejce przechodziły z rąk do rąk, swobodnie, instynktownie…

Na Dresdener Tor (tanksztela znajdująca przy autostradzie A4, patrząc od strony Polski, tuż za Dreznem) stworzyliśmy małą sztukę, pomagającą nam mentalnie w dalszej podróży. Na kawałku kartonu Czejen odrysował samolocik, którego pierwowzorem była dziękczynna laurka otrzymana przez Laszla od dzieci w wieku wczesno-szkolnym, które cierpliwie, po weekendzie pełnym wrażeń, oprowadzał wśród lotniskowych zaułków. My nadaliśmy kadłubowi kolorów i okrasiliśmy napisem „Moroko”, długo się zastanawiając jakiemu narzeczu przypisać tę ortograficzną nonszalancję.

710

Pożegnawszy Czejena, pełni wiary i po paru gżdylcach (słowotwórstwo Laszla lub przez niego zapożyczone z nieznanych mi źródeł; oznacza łyk alkoholu prosto z butelki), machamy wesoło kartonikiem i już po pół godzinie zatrzymuje się camper…

_mg_9657_mg_9653


Grey foul weather, leafless trees, the grass was as though completely deprived of chlorophyll. Late November, as every year, causes a great longing for warmness and the sun. This time we were able to find a return ticket for 34 euros to Fes. It didn’t matter that Frankfurt Hahn airport is more than 1000 km away from Tarnowskie Góry, I had already covered the distance in two days. One tiny detail: now we would go in trio! Alicja, Laszlo and I.

The departure was on Monday, 11:55. Considering the average daily hitchhiking covered distance in Europe (for safety I always assume 500 km, though the precise measurements would probably indicate about 700 km), a short daytime and the excess of the male part of the trip, marked with beards and wild eyes, we decided to set off on Saturday at dawn, resigning from visiting prospective friends, living close to our route.

We left Tarnowskich Góry with a friend of Laszlo – Czejen, who had just travelled to Japan himself. Inspired by the selflessness of accidentally met people, instead of politely established 40 km, he picked us up to Dresden (440 km)!

– It does not matter, Panocki, anyway I have a free weekend. I will mooch around in Dresden and tomorrow I will be back.

I think we couldn’t express our huge gratitude which had just sprawled into our hearts and became our closest companion for next weeks. It was soundlessly tossing us around at every step, behind each corner, during every meal and at each overnight stop. Czejenek made possible and thus ensured that the goal would be achieved, notwithstanding the debut performance of our trio, we would create a “dream-team”, whose each link would spark the most useful at a certain time flame and there wouldn’t be any tripartite moment’s doubt or burnout. Reins were passed from hand to hand, freely, instinctively…

At Dresdener Tor gas station we created a little piece of art, mentally helping us to journey on. On a piece of carton Czejen chalked a small plane out, whose prototype was a thanksgiving card given from early school-aged children to Laszlo, who patiently, after the intensive weekend, showed them around the airport nooks. We gave the nacelle colours and embellished with a writing “Moroko”, wondering which dialect was yon orthographic nonchalance.

710

Saying goodbye to Czejen, blissful and after few gżdylce (Laszlo’s word formation or one borrowed from unknown sources; means a sip of alcohol right from the bottle), we were cheerfully swinging the carton and after a half of hour a camper stopped…

_mg_9657_mg_9653

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s