Na drogach Bośni, cz. 4 / On the road of Bosnia, part 4

PL / ENG below

dsc_3361Kolejny stop to dwóch pokaźnie wyglądających mężczyzn, którzy okazują się być… pszczelarzami. Całą drogę rozmawiają, o przeróżnych roślinkach – gdzie rosną, kiedy kwitną. Narzekają na suszę i niedźwiedzie, które im ostatnio spałaszowały pasieki. Wjeżdżamy z nimi wysoko w góry, podziwiamy kolejny cudowne, jakże różnorodne krajobrazy Hercegowiny, a następnie zabójczo krętymi serpentynami zjeżdżamy do Nevesinje, które znajduje się już na terenie Republiki Serbskiej (która wraz z Federacją Chorwacko-Muzułmańską tworzy Bośnię i Hercegowinę, jednak nadal znajdujemy się w historycznej krainie Hercegowina, jakby ktokolwiek miał wątpliwości). Tutaj łacińskie nazwy miejscowości są zamazywane sprayem, a dominującą religią jest prawosławie. „Crazy Balkan people” jest ich jedynym komentarzem na temat politycznie zmieniającego się krajobrazu. Serbsko-prawosławne Nevesinje do złudzenia przypomina bośniacko-muzułmańską Jablanicę. Trochę ludzi w kawiarniach, mocne wyludnienie, samochody i tempo życia żywcem przeniesione z filmów Kusturicy. Nic nie jest do końca zadbane, ale wszystko ma swój urok. Za Nevesinje krajobraz zaczyna przypominać trochę polskie przedgórze, nie jest już tak sucho i o wiele bardziej zielono.

Odcinek aż do Gaćko pokonujemy z dwójką pięćdziesięciolatków, których leciwy VW Golf dzielnie przemierza kolejne kilometry. Kobieta urzeka nas swoimi zdolnościami do komunikacji. Ciągle opowiada coś o okolicy, zadaje pytania, uśmiech nie schodzi z jej twarzy, podobnie jak słoneczne okulary (mimo wieczoru) z jej oczu. Mówi żeby pić tu wodę ze strumyków, bo lepsza niż w sklepach. Gaćko jest jakby przytulone do ogromnej elektrowni, której widok zawładnął całą okolicą. Rozstajemy się z wyraźnie przejętym naszym dalszym losem Państwem na wzniesieniu tuż za miastem. Do Tjentiśte (które prawdopodobnie znajduje się w sercu Parku Narodowego Sutjeska) zostało nam 40 km. Jest jeszcze widno. Dojedziemy.

Kolejnym Golf’em pokonujemy kilka kilometrów, aż nad Jezioro Klinje. Po wyjściu z samochodu dostrzegamy dwie grupki, celebrujących niedzielny wieczór, ludzi.

Pierwsza, złożona z dwudziestolatków obydwu płci coś grilluje. Pytamy o możliwość zakupu. Okazuje się, że to jednak mięsko na cele prywatne, więc głodni postanawiamy dalej łapać stopa.

Gdy już wyciągamy łapki w celu zatrzymywania kolejnych aut, postawny mężczyzna biesiadujący wraz z drugą grupą ludzi woła coś do nas. Grupa składa się z jednej kobiety i około piętnastu mężczyzn, których większość mogłaby boksować jedynie w kategorii ciężkiej. Kilku z nich ma ubrane koszulki prezentujące jednego z serbskich generałów, odsiadującego dożywotni wyrok w Hadze, okraszone napisami „serbska nacjonalna rezerwa” i tym podobnymi. Okazuje się, że zapraszają nas na „jedno” piwo, które bardzo sprawnie ląduje w naszych dłoniach. Zapraszający nas jegomość wraz z drugim kompanem są kierowcami TIR-ów i jeżdżą do Stalowej Woli i Katowic. Kolejno przybywającym biesiadnikom zostajemy przedstawieni jako „prijatelje”, a nawet „brat” i „sestra” z Polski. Wszyscy są Serbami mieszkającymi w Gaćko, większość z nich uciekła z Mostaru w czasie wojny. Trzech kolejnych przedstawia się jako Gazdan. Po zapadnięciu zmroku zdejmują okulary słoneczne. Na szczęście wszystkim dobrze patrzy z oczu. Po pewnym czasie Alicja zostaje jedyną kobietą na „imprezie”, a litry wypijanego „Jelenia” (serbskie piwo) nie ułatwiają uspokojenia wszystkich spragnionych kobiecych wdzięków oczu. Szczególnie jeden, wysuszony na wiór, pięćdziesięciolatek upatrzył sobie wdzięki Alicji, choć gdy zauważył, że go bacznie obserwuję, to zaczął całować w policzek również mnie i ze wzmożoną prędkością zaopatrywał nas w kolejne kufle pełne piwa. Zostaliśmy poczęstowani również jagnięciną i chlebem. Mięso było naprawdę cudowne, dlatego bardzo dokładnie poobgryzaliśmy wszystkie kości. Serbska patriotyczna muzyka poderwała naszych chłopców do śpiewu i oklasków, typowych dla bałkańskich biesiad. Podniosła atmosfera udzieliła się również nam. W pewnym, bardzo odpowiednim dla bezpieczeństwa Alicji, momencie skończyło się piwo. Bar okazał się obwoźną przyczepą, która bardzo szybko i sprawnie została złożona. Spytano nas jeszcze czy nie chcemy jechać do Gaćko i bez wielkich pożegnań, mniej lub bardziej podchmieleni Panowie odjechali w stronę miasta. Szok. Cisza. Nasz decyzja jest oczywista. Zostajemy tu na noc. Teraz jest już na pewno bezpiecznie.

Po kilkunastu minutach, z latarkami w dłoniach, podeszły do nas…

The next car meant two healthy-looking men who turned out to be… beekeepers. All the way they were talking about various plants – where they grow, when they bloom. They complained about drought and bears which had demolished their apiaries. We pulled out high up in the mountains, marveling at the magical, how diverse landscapes of Herzegovina, and then by deadly spiral winding roads we drove down to Nevesinje, that already is on the territory of the Republic of Serbia (which with Croatian-Muslim Federation creates Bosnia and Herzegovina. Nevertheless, we are still in the historical land called Herzegovina, if someone would have asked…). Here Latin names of localities are wiped off and the dominating religion is Eastern Orthodoxy. “Crazy Balkan people” is their only comment on the politically changing backgrounds. Serbian-Orthodox Nevesinje looks deceptively similar to Bosnian-Muslim Jablanica. A few people in cafes, strong depopulation, vehicles and pace of life as if taken straight out of Kusturica movies. Nothing is enough maintained but everything has its own charm. Behind Nevesinje, the sceneries start to resemble Polish foreland, it is not that dry and much greener.

The stretch until Gaćko was overcome with two quinquagenarians whose vintage VW Gold bravely covered next kilometers. The woman entranced us with her abilities in communicating. All the time she was spinning stories about the region, asking questions, her smile never went away, as well as the sunglasses (despite the evening) from her eyes. She advised drinking water from streams– better than at shops here. Gaćko seems to be hugged to a huge powerhouse, whose view seizes all the area. We said goodbye to the – clearly worried about our lot – couple right after we had passed the town. Till Tjentiśte (which probably lies in the heart of National Park Sutjeska) there were only 40 kilometers. It was still light. We were able to reach it.

Thanks to the next Golf, we were able to cover few kilometers up until the lake Klinje. While stepping out of the car, we spotted two groups – celebrating Sunday’s evening – of people.

The first, consisted of youth of both sexes in their twenties, had a barbecue. We asked if we could buy something. It came out the meat was for private usage, still hungry, we started to catch next cars.

While moving our thumbs upward, a well-built man, celebrating with the second group of people, shouted to us. The group consisted of one woman and about fifteen men, whose majority could box only in the heavyweight category. Few of them had t-shirts present one of Serbian generals who was serving a sentence in Hag, generously spiced up by writings “National Reserve of Serbia” and so on. It turned out they invited us for “one” beer, which agilely came to our hands. Inviting gentleman, with another comate, were truck drivers – they drive to Stalowa Wola and Katowice. To next incoming feasters, we were introduced as “prijatelje” (friends) or even “brat” (brother) and “sestra” (sister) from Poland. Each of them was Serb, living in Gaćko, most of them left Mostar during the war. The next three presented themselves as Gazdan. When darkness fell, they removed glasses. Luckily, they had a kind look in their eyes. After some time Alicja became the only girl at “the party” and even liters of drunk “Jelen” (Serbian beer) didn’t facilitate calming down all the praying for female charms eyes. Especially one, bone dry fifty-year-old wrinkly, had Alicja’s appeal in his sights, but when he realized I was closely following his steps – he started to kiss my cheek as well and at an increased speed was supplying us with next mugs full of beer. We were also treated to lamb and bread. The meat was really wonderful, that is why we thoroughly bit all the bones. Serbian patriotic music propelled our boys to singing and clapping in the rhythm of typical Balkan chansons. The solemn ambient got even us into the spirit. At some, very appropriate for Alicja’s safety, moment the beer was finished. The bar turned into a trailer, which was very fast and deftly folded. We were only asked if we didn’t want to go into the town and – without any goodbye – more or less tipsy messieurs drove off to the city. Shock. Silence. Our decision was obvious. We were staying there for the night. Now it was safe for sure.

After a dozen of minutes, with torches in hands, came…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s