Na drogach Bośni, cz. 2 / On the road of Bosnia, part 2

PL / ENG below

film1

Po przekroczeniu granicy dostajemy piwko i wysiadamy na rozdrożu. Zimny wiatr i przepięknie chylące się ku zachodowi słońce wyzwala w nas poczucie rozpoczynającej się przygody. Czujemy, że będzie dziko i nieokiełznanie. Chcielibyśmy na noc dotrzeć nad bezimienne jezioro widniejące na mapie. Biorą nas dwaj mężczyźni w starym Mercedesie. Znają tylko serbski, ale jakoś udaje nam się dogadać, co do kierunku podróży. Mijający krajobraz przypomina dziki zachód. Jest sucho, dziko, bezkreśnie. Kręta, wąska droga, szeroki horyzont i bujający się czasem nawet 160 km/h automobil prowadzą w coraz mniej dostępne tereny. Okazuje się, że w okolicy są trzy jeziora, których nazwy oczywiście nic nam nie mówią, decydujemy się na Ramsko, gdzie zostajemy dowiezieni. Nie wiadomo czy nasi towarzysze rzeczywiście tam jechali, czy wykazali się dodatkową uprzejmością dowożąc nas. Zostajemy dokładnie poinstruowani, którędy mamy podążać następnego dnia, aby dotrzeć do Mostaru.

Jest już ciemno. Schodząc w stronę tafli wody natrafiamy na wysuszone drewno przy płocie, które pieczołowicie zbieramy. Jest magicznie. Miliardy gwiazd święcą nad głowami. Trwa druga noc Perseidów. Jezioro jest klarownie czyste, otoczone górami. Nad jego brzegami oprócz nas, są jedynie dwie grupki wędkarzy. Znajdujemy miejsce gdzie ktoś już wcześniej palił ognisko. Budujemy murek z kamieni, ponieważ podmuchy wiatru mogłyby spowodować nieplanowane rozprzestrzenienie się ognia. Znajdujemy siano, które służy jako idealna rozpałka i którym ścielimy sobie przestrzeń pod naszym kocykiem. Mamy wino. Temperatura w nocy oscyluje pewnie w okolicach 5 stopni.

Nad ranem z wody unosi się czarodziejska mgła. Obok nas na kiju, nabite są cuchnące zwłoki węża, które mają zapewne za zadanie odstraszać innych przedstawicieli tego gatunku. Znajdujemy pełno żurawiny, jeżyn i śliwek (które niemalże w całości wypełniają okoliczne sady).

dsc_3243dsc_3252dsc_3259dsc_3264dsc_3269

Po południu wyruszamy w stronę Mostaru. Krajobrazy nadal zachwycają. Późny obiad spożywamy w typowo anty-turystycznej gospodzie w Jablanicy. Kelner, a może nawet i właściciel, którego zęby i oczy kierują się na wszystkie strony Bośni, jest niezwykle uprzejmy.
Jego rubaszny śmiech i jowialna postura powodują, że gęsta mięsna zupa oraz przypominająca bogracz „meleśnica” smakują jeszcze bardziej. Jesteśmy naprawdę nasyceni. Do Mostaru dojeżdżamy niezwykle urokliwym kanionem rzeki Neretwy…

As soon as we crossed the border, we winkled out of the car, bestowing a beer on the crossroads. Chilly wind and charmingly pasting its zenith and sinking in the west sun triggered in us the feeling of a new journey. We had the impression it would gonna be wild and uncontrollable. At the same time we would have loved to reach the nameless lake, appearing on the surface of our map. Two men took us to an old Mercedes. They only spoke Serbian but it seemed fine to agree on our common destination. Landscapes reminded us of Wild West. It was dry, unbounded.  The winding, narrow road, wide horizon and our rocking up to 160 km/h vehicle leaded to less and less accessible grounds. It came out there were three lakes in the area – whose names obviously didn’t ring a bell – finally we decided to choose Ramsko where we got picked up. It was not exactly known if our companions were about to go there or if they had the extra courtesy to bring us there. We obtained the precise instructions where we should go the next day to get to Mostar.

It was getting dark. While going downhill in the direction of water sheet, we came up dry wood by the fence, which started to be meticulously collected by us. It was magical. Milliards of starts were shining overhead. Long night of Perseids lasted. The lake was crystal clear, surrounded by the mountains. On its bank – except us – there were only two groups of fishermen. We found a place where somebody had already set a fire before. Then we constructed a ledge from stones since gusts of wind could have provoked unplanned fire spreading. Found hay served as a perfect firelighter and made the space under our blanket. We had a wine. The temperature at night oscillated around 5 degrees of Celsius.

In the morning the magical fog rolled over the water. Next to us, there was a malodorous dead body of a snake, that probably had the task of deterring other representatives of the species.  We found loads of cranberries, blackberries and plums (which filled almost each surrounding orchard).
dsc_3243dsc_3252dsc_3259dsc_3264dsc_3269

In the afternoon we set off in the direction of Mostar. Landscapes still were knocking our socks off. Late lunch we consumed at the typical anti-touristic taphouse  in Jablanica. Waiter, or maybe an owner, which teeth and eyes turned in all directions of Bosnia, wais charmingly kind. His hearty laughter and jovial posture made our meat soup – reminding bogracz – “Meleśnica” taste much better. We were sated. To Mostar we commuted wondrously enchanting Neretva Canyon…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s