Na drogach Bośni, cz. 1 / On the road of Bosnia, part 1

PL / ENG below

vamos

Wyprawa bez niemalże żadnej gry wstępnej. Gdzieś; coś; jakoś. Wiadomo – autostop. Stały kurs euro do marki konwertowalnej (miejscowa waluta) i jakoś się dogadamy. Serbski; polski – brackie słowiańskie języki.

Tak właśnie wyglądała nasza krótka podróż po południowej Bośni ( historycznie nazywanej Hercegowiną), w której przeplatają się nawoływania muezinów i dzwony kościołów, gdzie cyrylica za pomocą sprayu walczy na każdej tablicy z łaciną, gdzie krystaliczną wodę rzek i jezior, wiele razy zalewała kipiąca krew walczących ze sobą narodów, gdzie pierwotne, zapierające dech w piersiach lasy najeżone są polami minowymi. Wreszcie gdzie miłość występuje ponad podziałami, a uprzejmość i ciekawość wobec przyjezdnego jest mocno wykraczająca ponad normy unijne.

Nasz wcześnie rano zaplanowany wyjazd zaczynamy o godzinie 18. Pozbawieni entuzjazmu i psychicznie zmęczeni wydarzeniami, które go poprzedziły.

Dzień wcześniej, w momencie gdy planowaliśmy należycie się przygotować (pakowanie, kanapki, opracowanie trasy, informacje o miejscach, które chcemy odwiedzić) dostajemy wiadomość, że chcą nas odwiedzić Agnieszka i Robert (czyli parka, dzięki której w ogromnej mierze, w 14 godzin pokonałem 1140 km na stopa). Podporządkowujemy nasz wieczór pod nich. W jednym z najbardziej spektakularnych miejsc w Splicie, na cyplu parku Marjan, kładziemy się na leżakach umiejscowionych na skalnej wysepce (nasze stopy co jakiś czas zalewa woda) oddalonej kilka metrów od lądu stałego (zero świateł, w oddali migające lampki domostw, przepływające stateczki, zarys majestatycznych gór, melodyjne dźwięki cykad) oglądamy spadające w wielkiej ilości Perseidy, pijemy wino, żartujemy. Nasi goście są zmęczeni, dlatego dajemy im klucze, aby mogli odpocząć, bo chcemy jeszcze poleżeć w naturze. Po powrocie zastajemy otwarte drzwi, klucz leży na stole, a po bagażach i towarzyszach podróży ani śladu. Snujemy dziesiątki teorii, cóż też mogło ich odstraszyć od nas, a na SMS-owe pytanie: „czy coś się stało”, dostajemy jedynie odpowiedź: „dzięki za gościnę”.

Cały kolejny dzień jest jakiś dziwny, nie umiemy pozbierać myśli, ani nic porządnie zaplanować. Cały czas z tyłu głowy zastanawiamy się nad parą nieznajomych, śmiejemy się, że na pewno rzucili na nas klątwę. Trzy razy wracamy się po jakąś rzecz, którą zapomnieliśmy do wyjazdu, dopiero przy trzecim powrocie przypadkowo szukając w pokoju zapalniczki, natrafiam na swój dowód osobisty, którego brak uniemożliwiłby mi wjazd na teren Bośni. Obydwoje niedowierzająco kiwamy głowami. Żadna z rzeczy po którą wracaliśmy nie była niezbędna, a jednak bez żadnego narzekania wracaliśmy się tyle razy. Teraz już pokorniej i z jeszcze większym uśmiechem ruszamy w stronę Bośni. Orientujemy się jeszcze, że zapomnieliśmy atlasu, który mimo iż liczy więcej lat niż Alicja i nie przedstawia żadnych Bośni czy Chorwacji, ale starą „Titowską” Jugosławię, wiele razy ratował mi skórę, tym razem zgodnie rezygnujemy z powrotu i podążamy w stronę stacji benzynowej.

Pierwszą osobą, która się nam zatrzymuje jest Goran… który dwa dni wcześniej dowiózł mnie do samego Splitu (który to Alicja wtenczas zamieszkiwała). Razem z przyjaciółmi podąża do Sarajewa. Goran proponuje, że zostanie „privat driver” na naszym weselu. Mamy ogromne szczęście, że znajdziemy się bezpośrednio w Bośni…

 A journey without any foreplay. Somewhere; something; somehow. Obviously – hitchhiking. Fixed exchange rate to convertible mark (local currency) and we will get on well, somehow. Serbian, Polish – brothers’ Slavic languages.

This is how our trip to the south of Bosnia looked like (historically called Herzegovina), where muezzins’ calls interchange the bells of churches; where Cyrillic by means of spray fights against Latin on each road sign; where crystal water of rivers and lakes repeatedly bubbled throughout with boiling blood; where the primeval, breathtaking forests are fraught with all types of mines. Finally, where love appears beyond all divisions or goodness and curiosity towards strangers means much more than European Union standards.

We start our early-planned-trip at 6 p.m. Without an enthusiasm and psychically tired of incidents from the previous day.

The day before, while planning to organize everything suitably (packing, preparing sandwiches, choosing the way, pieces of information about places we would like to visit), we got a message from Agnieszka and Robert (thanks to this couple I was able to hitchhike through 1140km in 14 hours). We toed the line, arranged our entire evening according to them. In one of the most spectacular place in Split, on the tip of Marjan Park we lied on the beach chairs, placed on a picturesque rock headland (water was touching our feet from time to time), just a few meters from terra firma (no lights, reflections of homesteads, floating boats, shapes of majestic mountains, tuneful and charmed sounds of cicadas in the background), we were watching falling stars, drinking wine, joking. Our guests were tired so we gave them keys to the apartment to let them recharge their batteries, we were keen on chilling out a bit more in the nature. Once we came back, we found an opened entry, the keys on the table and… no trace remained of either our guests or their suitcases. We were conjecturing for hours what could have happened, what deterred them from us, for our: “something happened?” message we just got one answer: “thanks for hospitality”.

By a strange turn of fate, our good moods disappeared, we neither couldn’t gather our thoughts nor plan anything. All the time a tiny little voice in the back of our minds was wondering what happened, we even laughed they put a curse on us. We had to come back to the apartment three times, at the last – third time we accidentally found my ID while looking for a lighter, which was obviously obligatory to cross the border. Both of us nodded the head. None of the things that made us returning wasn’t essential, nevertheless without any complaints we did it so any times. From now on more biddably and with wider smile we headed in the direction of Bosnia… just to realise few minutes later that we forgot an atlas as well, which although is older than Alicja and doesn’t show any Bosnia or Croatia, but old Tito’s Yugoslavia, many times saved my skin. This time we harmoniously agreed on not coming back again and we fell into steps to the gas station.

First person that stopped on the road was Goran who… two days ago gave me a lift to the heart of Split (the place where Alicja lived at that time). Together with friends he was going to visit Sarajewo. Suddenly Goran offered that he would become “privat driver” on our wedding. We were that lucky to stop the car going directly to Bosnia…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s